Czym jest wdzięczność i dlaczego ma siłę?

Wdzięczność jest cudownym stanem psychicznym, który pozwala nam dostrzegać wokół przede wszystkim dobro. Jak pisał Mistrz Eckhart „jeżeli wdzięczność jest jedyną modlitwą, jaką odmawiasz w ciągu swojego życia – to będzie w zupełności wystarczające.”

Jeśli masz już dość siebie narzekającego, lubującego się we własnych boleściach i chcesz mieć bardziej pozytywne nastawienie do życia, praktyka wdzięczności może ci pomóc.

Wdzięczność nie jest lekarstwem, ale jak pokazują badania niezwykle korzystnie wpływa na mózg, wyzwala neuroprzekaźniki regulujące nastrój, takie jak dopamina, serotonina, oksytocyna, a z kolei hamuje kortyzol, czyli hormon stresu. Dlatego też praktykowanie wdzięczności może być stosowane jako uzupełnienie profesjonalnego leczenia depresji, stanów lękowych, a także chorób serca czy stanów zapalnych. Chroniczny nadmiar kortyzolu skutkować może większą podatnością na infekcje, rozkładem białek, ryzykiem rozwoju lub zaostrzenia chorób autoimmunologicznych. Możemy powalczyć z nim wdzięcznością, pamiętając jednocześnie, że ona przede wszystkim zwiększa nasze zadowolenie z życia, a to naprawdę dużo. Wszechświat jest hojny i lubi, jeśli to dostrzegamy, zatem spróbujmy jak najczęściej pomyśleć, powiedzieć: dziękuję.

 

Kilka miesięcy temu zaobserwowałam na Instagramie ujmujący profil (BALTIC SURF SCAPES) instruktora surfingu, fotografa, byłego pacjenta onkologicznego, Krzysztofa Jędrzejaka.

Zdjęcia fal, wybrzeże Bałtyku, wschodzące słońce i wszystko, co z surfingiem związane.

Brzmi zwyczajnie? Niekoniecznie.

Zachwycona napisałam do Krzysztofa. Od słowa do słowa okazało się, że jesteśmy sąsiadami, a poza tym Krzysztof to także jeden z pierwszych naszych Klientów… Co ciekawe, kupował Zakwasy w naszym osiedlowym sklepie, rezerwując je z kilkudniowym wyprzedzeniem, kiedy produkowaliśmy dosłownie kilkanaście butelek tygodniowo. Na jego profilu znalazłam także przejmującą historię jego choroby nowotworowej oraz drogi, jaką przeszedł w trakcie leczenia.

Obecnie mija 2,5 roku od kiedy przeszczepiono Krzysztofowi komórki macierzyste i dostał szansę na nowe życie. Co tu dużo mówić – chodząca inspiracja oraz dla wielu przykład tego, jak ważny jest hart ducha, pasja, motywacja i… siła wdzięczności.

Uznałam, że warto dzielić się takimi historiami, dlatego zaprosiłam Krzyśka do podzielenia się swoim doświadczeniem z innymi.

Spotkaliśmy się w uroczym zalesionym terenie, 20 km od naszej dzielnicy. Poprosiłam go, aby wziął ze sobą buty, które można pobrudzić – wziął kalosze, w których pracował przy -15 stopniach, robiąc sesję zdjęciową w Arktyce.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że surfowanie uratowało ci życie. Opowiesz o tym czytelnikom bloga Zakwasowni?

To prawda, tak powiedziałem, ale w bardzo dużym uproszczeniu. Rozwijając, to bardziej moja pasja związana z surfingiem i jego fotografowaniem pomogła mi przezwyciężyć chorobę nowotworową. Chodziło o motywację do walki, jaką przyszło mi stoczyć. Walki o marzenia, po których realizację obiecałem sobie sięgać po powrocie do zdrowia, a także podróże i przygody, które codziennie wizualizowałem sobie, leżąc w szpitalnym łóżku w najtrudniejszych momentach mojego życia. Z  chłoniakiem walczyłem blisko 2 lata. W tym czasie bardzo dużo się wydarzyło. Przyznam szczerze, że przez pierwszy etap leczenia, który niestety nie przyniósł zamierzonego efektu, jako młody i wysportowany człowiek, przeszedłem dość gładko. Uczestniczyłem w tym czasie w życiu towarzyskim, pracowałem, uprawiałem sport i gdyby nie moja łysa głowa, zapomniałbym, że w ogóle  choruję. Dopiero wiadomość o niepowodzeniu leczenia i konieczności podjęcia dalszej walki, która zakończyć się miała przeszczepem szpiku, uświadomiła mi, jak mocno muszę zmotywować swoją psychikę i ciało do dalszego działania. To był najtrudniejszy okres w moim życiu. Był ból i tygodnie spędzone w szpitalnym łóżku. W ostatnim etapie, przed przeszczepem, w totalnej izolacji. Byłem wycieńczony. Starałem się szukać źródła pozytywnych myśli w tym, co daje mi najwięcej radości i siły. Rozmyślałem o powrocie do rodziny, a także do moich pasji. Od dawna moim wielkim marzeniem było wyruszenie w zimową podróż z deską do surfingu i aparatem na daleką Północ w rejon Arktyki. W szpitalu codziennie przed zaśnięciem wizualizowałem sobie, że  stoję zupełnie zdrowy i szczęśliwy na ośnieżonej plaży w otoczeniu strzelistych gór i obserwuję zorzę polarną. Ta projekcja była tak silna, że po pół roku od przeszczepu, zaprowadziła mnie w wymarzone miejsce, gdzie wspólnie z żoną, trzymając się za ręce, spoglądaliśmy w niebo na niekończący się spektakl tańca zielono-różowych smug światła. Nigdy wcześniej nie byłem życiu tak wdzięczny.

Czy mógłbyś podzielić się z nami swoimi refleksjami nad wdzięcznością? Czym jest dla ciebie wdzięczność? To bliski nam bardzo temat i tak rozpytujemy, jak ludzie myślą o wdzięczności, czy w ogóle uważają, że jest to jakaś wartość, a myślenie o niej ma sens? Czy można ją “praktykować”?

Według mnie bycie wdzięcznym powinno być dla człowieka celem samym w sobie. Nasze marzenia i ambicje to jedno, ale ich spełnianie przy jednoczesnym docenieniu tego, co mamy na co dzień, wokół siebie, to chyba największa sztuka. Chodzi mi o to, żeby nie skupiać naszych myśli na tym, czego jeszcze nie mamy, czego nie zrobiliśmy, gdzie nas nie było, a gdzie mogłoby być nam lepiej. Praktykowanie wdzięczności to dla mnie bycie tu i teraz. Pielęgnowanie w sobie umiejętności bycia wdzięcznym za to, co mamy, a co często wydaje się nam zbyt oczywiste, żeby móc to docenić. Zdrowie, miłość, rodzina, praca, czy dostęp do świeżego i czystego powietrza. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i tak samo szybko przyjmuje to za normę. Niestety, często dopiero po stracie zaczynamy dostrzegać, jak mocno zaniedbaliśmy swoją codzienną praktykę wdzięczności.

Nie ukrywam, że po doświadczeniach związanych z chorobą moja praktyka bardzo mocno pogłębiła się. Wdzięczność najlepiej praktykuje mi się na łonie natury. To tam czuję, że mój umysł i ciało odradzają się. Pojawiają się myśli, że piękno zawarte jest w prostocie i harmonii. Podczas spaceru po zamglonym lesie czy słuchania szumu fal o wschodzie słońca, potrafię bardzo silnie się wzruszyć. Jestem wtedy lepszym człowiekiem, a baterie pozytywnych myśli w mojej głowie są naładowane. Muszę tylko pilnować, żeby tą „naturalną ładowarkę” jak najczęściej mieć przy sobie.

Jedną z twoich pasji jest fotografia, otrzymałeś wiele nagród za swoje zdjęcia. Czy zrobiłeś już „ujęcie życia”?

Nie mam jeszcze w swojej kolekcji takiego zdjęcia. Są fotografie, które traktuję szczególnie z kilku powodów.  Niektóre z nich zdobywały nagrody w konkursach lub trafiały do drukowanych magazynów. Inne dobrze sprzedają się w formie wydruków, a ze zrobieniem paru łączą się ciekawe historie lub spore trudności techniczne. Mam nadzieję, że „ujęcie życia” jeszcze gdzieś tam na mnie czeka. Póki co, dużo czasu i serca wkładam w projekt, nad którym pracuję już od kilku lat. Planuję w tym roku wydać album fotograficzny o bałtyckim surfingu i chciałbym, żeby to było coś wyjątkowego.

 

Czym jest dla ciebie dobre zdjęcie? Czy w świecie, w którym każdy jest codziennym fotografem artystą, jest miejsce dla tradycyjnej fotografii?

Dobre zdjęcie to dla mnie to, które wzbudza we mnie uczucia. Sprawia, że przenoszę się do danej sceny, czuję, jakbym tam był. Daje mi odczuć emocje, jakie towarzyszyły autorowi podczas fotografowania. Obecnie żyjemy w czasach insta fotografii. Dostęp do wiedzy i sprzętu jest powszechny. Mamy tutoriale na Youtube i miliony „inspiracji” na Instagramie. Wiele osób korzysta z tych możliwości. I nie ma w tym nic złego. Chodzi o to, żeby fotografia sprawiała nam przede wszystkim radość i nieważne, czy jest robiona smartfonem, cyfrą czy analogiem. Dobra fotografia zawsze się obroni. Cieszę się, że udało mi się znaleźć swój wyjątkowy temat do fotografowania i w tym się rozwijać. Zawsze wynikało to tylko i wyłącznie z pasji. Trzeba by być szaleńcem, żeby fotografować surfing w Polsce z innych pobudek.

Czy doświadczenie ciężkiej choroby rzeczywiście zmienia życie?

W pewnym sensie tak. U mnie na pewno zmieniło się postrzeganie życia. Zawsze starałem się czerpać z niego pełnymi garściami. Może dlatego też moje doświadczenia związane z chorobą nie wywołały nagłej potrzeby zdobywania „Everestu”. Nadal mam te same plany i marzenia. Zmieniła się jednak perspektywa i priorytety. Bardzo mocno wyklarował się obraz tego, co jest dla mnie w życiu ważne. Zmieniło się również postrzeganie śmierci. Obserwując tygodniami, co dzieje się na szpitalnym oddziale, musiałam się oswoić z jej obecnością. To było tak blisko mnie, takie realne. Często pojawiał się duży strach i obawy, czy wystarczy mi sił, żeby móc wrócić do moich bliskich, do normalnego życia. Na szczęście się udało. 5 kwietnia świętowałem 2,5 roku od przeszczepu szpiku. Staram się żyć normalnie i codziennie pamiętać o tym, że dostałem szansę na drugie życie. Kiedy ktoś zmaga się z tak ciężką chorobą, choruje cała rodzina. Zauważyłem, że również w ich postrzeganiu życia wiele się zmieniło. Bardziej dbamy o swoje relacje, częściej się spotykamy, wspólnie się śmiejemy i korzystamy z chwili. Wszyscy czujemy ogromną wdzięczność, że jesteśmy razem.

I jeszcze na koniec, wiem, że chciałeś zwrócić się do naszych czytelników z pewnego rodzaju apelem…

Korzystając z tej wspaniałej okazji, chciałbym zwrócić uwagę na dwie bardzo ważne sprawy, jakimi są krwiodawstwo oraz budowanie bazy potencjalnych dawców szpiku. Leżąc w klinice hematologii sam wielokrotnie wymagałem przetoczenia krwi lub samych płytek krwi. Jeśli chodzi o procedurę przeszczepienia szpiku, to miałem dużo szczęścia. Zostałem zakwalifikowany do tak zwanego autoprzeszczepu – z moich własnych komórek macierzystych. Niestety w większości przypadków nie ma takiej możliwości i potrzebny jest dawca. Jego znalezienie nawet w obrębie najbliższej rodziny nie zawsze się udaje. Dlatego bardzo zachęcam wszystkich do poszerzania grona honorowych krwiodawców oraz zarejestrowania się do bazy potencjalnych dawców szpiku przez Fundację DKMS. To nic nie kosztuje, nie boli, a może dać komuś szansę na nowe życie. Świadomość na temat samej procedury pobrania szpiku jest wśród naszego społeczeństwa nadal mała. Ludzie zwyczajnie się boją, a nie ma czego. W 80% przypadków pobranie komórek macierzystych wygląda podobnie jak pobranie krwi. Trwa około 3 godzin i naprawdę nic nie boli. Znacznie rzadziej szpik pobiera się z talerza kości biodrowej przy znieczuleniu ogólnym. Biorąc pod uwagę, jak wiele dobrego możemy w ten sposób uczynić, nie ma się co zastanawiać i już dziś zarejestrować do bazy dawców. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na stronie fundacji DKMS pod linkiem: https://www.dkms.pl/pl/przeszczepienie-szpiku-kostnego-podstawowe-informacje